Trudne początki
Choć trudno w to uwierzyć, domowe wino to moja pasja odkąd skończyłem 17 lat. Wtedy, tych sporo lat temu winiarstwo były nie tylko hobby, ale też swoistą manifestacją. Każdy, kto potrafił samemu robić alkohol uniezależniał się od państwowego spirytusu monopolowego na wieki wieków amen. Tam przynajmniej nam się wydawało, gdy nastawialiśmy pierwsze butelki. Było to nawet nie domowe wino, a piwo, z tak zwanego Brew-Kitu, czyli puszki z syropem słodowym, którą należało uwodnić i dodać drożdże. Dolanie wody kranowej nie było najlepszym pomysłem. Podobnie jak butelkowanie piwa ze zbyt dużą ilością cukru, co powodowało, że przy otwieraniu połowa piwa wyskakiwała w powietrze. Ubaw po pachy, ale pół butelki mniej. Nie lepiej było z winiem.
Pierwsze domowe wino
Był dzień przed wigilią bożego narodzenia, gdy ja i sąsiad postanowiliśmy nastawić pierwsze wino domowe. Pokroiliśmy jabłka i zaczęliśmy wrzucać je do dymionu. Problem polegał na tym, że 7 kg owoców w 10 litrowym dymionie ledwie się mieściło. Pod wanna znalazłem długi pręt (nie wiem do czego wtedy służył, to chyba jakaś część pralki) i na siłę upychałem nim jabłka w dymionie. Na to wszystko nalałem około 3 litrów wody, zatkałem korkiem i zostawiłem. No, nie do końca zostawiłem, bo wsypałem jeszcze saszetkę drożdży. Wino ruszyło jeszcze tego samego dnia, powiedziałbym, że z kopyta. W międzyczasie trzeba było jeszcze wyciągnąć trochę owoców i zwolnić miejsce pracującym drożdżom, bo zawartość balonu podchodziła pod korek. Ale najgorsze miało dopiero nastąpić.
Przepis na wino i piękną katastrofę
Tak to niestety jest, gdy zupełnie nie masz pojęcia jak zrobić wino. Miałem się o tym boleśnie przekonać rano, w pierwszy dzień świąt. Obudziłem się jak zwykle. Wszystko przypominało typowy wolny dzień. Wstałem z łóżka i ruszyłem w kierunku mojego-naszego wina. Fontanna jabłkowych kawałków i piany płynęła z dymiona od szyjki w dół,po balonie i spływała na drewnianą szafkę, meble, podłogę. Tapeta wyglądała , jakby ktoś na nią wymiotował. Podniosłem głowę i ruszyłem śladem tej żygowiny. Niestety było coraz gorzej. Z sufitu kapały kawałki jabłek z cukrem. Sprzątanie zajęło nam do spółki z sąsiadem ładnych kilka godzin. Plama do dziś zdobi sufit. Szklana rurka fermentacyjna, która wraz z korkiem została wybita z balonu, wylądowała wtedy metr od łóżka koło mojej głowy. Nie wiele brakowało. Nie muszę chyba dodawać, że wino zupełnie się nie udało. Zajmuje wysoką pierwszą pozycje na liście kitów, wśród moich win domowych. Sąsiad nazwał je „prawdopodobnie najgorszym winem świata”.
Kawalkada dalszych porażek
Potem było jeszcze śmieszniej. Znajomy przywiózł mi sok do przerobienia na domowe wino. Butelka z zamknięciem patentowym (krachlą) trzymała jakieś 0,3 soku z porzeczek i kawałków owoców. Nikt nie przewidział, że sok sam zafermentuje. Wino wystrzeliło w kilku metrowym przedpokoju na szafki, buty, lustru, sufit i podłogę. Tym razem udało się, na szczęście wszystko domyć. Wielokrotnie marnowałem też wino czy owoce. Kiedyś nazbieraliśmy 10 kilo czereśni z myślą o domowym winie właśnie. 3 godziny zbierania, całość zapleśniała. Potem pleśniały jeszcze wina rodzynkowe, z kiwi, wino z jabłek. Nie ustający festiwal porażek.
Droga mistrza zen
Wszystko to nauczyło mnie jednego. Cierpliwości. Domowe wino wymaga od nas niebywałych pokładów wytrawłości i cierpliwości właśnie. Jedno czasem dwa na pięć zaoctuje, zepsuje się, nie wyjdzie. Czasem z własnej głupoty. Kiedy próbujesz robić wino z herbaty żurawinowej, albo zaprawy cytrynowej, kiedy nie przestrzegasz podstawowych zasad higieny wszystko jest możliwe. Rzadko niestety wychodzi z tego coś dobrego. Ale radość, jaką daje otwieranie własnych butelek trunku nie daje się porównać do niczego.






